Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2015

Sos, grzyby, cycki.

Wiem, wiem... porzuciłem bloga troszkę. Dziś wspomniał o blogu kolega "po łopacie" i zmobilizował mnie do aktualizacji. Wiec Morgan- dzięki ;)
Dziś będzie o cyckach, grzybach i innych darach niebios.
Ale, że przyzwyczajam zawsze do "okrężności" wszelkiej w opisach, do czekania na konkret, do tego, że należy przez wiele niepoczytalnych faktów spod mej ręki przejść, by dojść wreszcie do sedna- zacznę więc od innych faktów. Bo jakże inaczej.
Niedawno minęły pierwsze nasze Święta Bożego Narodzenia na obczyźnie. Ufff, poszło jakoś, wiadomo, tęskni się za tymi, którzy w Polsce są, ale życie płynie dalej i jakoś sobie radzić trzeba. I kulinarnie też należy w tyle nie pozostawać i nie poddawać się ani słodkim śledziom, ani słonym słodyczom. I już miałem dalej pisać, ale przypomniałem sobie i wspomnieć teraz o tym muszę, bo zwyczajnie, po ludzku, za chwilę zapomnę. Z półtorej miesiąca temu, przeglądając gazetkę promocyjną jednego z dyskontów duńskich, ujrzałem coś, co absolutnie ucieszyło me serce. W oczy wpadł skarb- Blodpølse.



No to wiadomo- salceson czarny albo może i kaszanka...
No to trach, do Netto, zakupy i z jęzorem do pasa do domu. I co? To jest jedna z niewielu rzeczy, jakie w życiu jadłem i nie tknę już raczej. Piernik w postaci krwistej. Słodki ten Blodpølse, cynamon, rodzynki, jabłka, przyprawy i krew. Hmmm... Mówię pas. Poczęstuję chętnych.
I już szybciutko dalej, ale jeszcze nie koniecznie bezpośrednio.
W listopadzie odwiedzili nas wspaniali goście. Znajomi, których nie widzieliśmy, ho ho, z 2 lata. Przyjazd ich prawdopodobnie po części tylko podyktowany był tęsknotą, a raczej zimną rachubą na złowienie znacznej ilości ryb- wybaczam im to jednak, bo było zacnie. I tak, żeby kulinarnie nie odbiec, pobyt ich stał pod znakiem ryby. We wszelkiej możliwej postaci. Choć i uraczeni bawarskimi preclami, popijając pszeniczne piwko, nie mogliśmy pogardzić tradycyjnym, niemieckim bierwurst'em.


A potem, to już grudzień nastał, ośmiostopniowy w plusie, jedyny taki chyba, jaki pamiętam pod względem temperatury. I co z tym grudniem? No tyle, że chodziliśmy do pracy- jak co noc, chodziliśmy do szkoły- jak to 3 razy w tygodniu, tyle też, że na ryby zawsze czas się znalazł. Więc jak już pozostałe 4 dni od szkoły wolne były, pakowaliśmy tyłki zaraz po pracy w pociąg i fru do Nakskov- portu położonego jakieś 60 km od nas na zachód. A w porcie kawka z termosu, i dorsz na haczyku. No, czasem okoń nieszczęsny, którego lubię, owszem, wolę jednak delikatne mięso dorsza.


Święta. Już. Więc niewiele napiszę o nich, ale wspomnę co i jak.
Świętować można powiedzieć zaczęliśmy tydzień przed. Dlaczego? Ponieważ zaproszeni zostaliśmy przez naszą szkołę na Julefest, czyli imprezę świąteczną. Ciekawy miszmasz kulturowy, zasadniczo wyglądem gulasz węgierski przypominający. Wszelkie możliwe rasy, wyznania, spotkały sie w jednym miejscu, aby zobaczyć jak to duńczycy świętują. I okazuje się- na szczęście to mój blog i mogę wszystko- że świętują chyba najbardziej dizajnerzy i sklepy. Tak, tak, powiecie pewnie, w Polsce sklepy też świętują wysokie utargi. W Polsce jednak wrażenie mam a w zasadzie i pewność- duchowe spędzanie świąt jest na zupełnie innym poziomie- level up. A jeśli o jedzenie chodzi? Szczerze? Sam nie wiem, niestety uważam je w dużej mierze za nijakie. To dobre słowo. Nijakie. Annie zasmakował tradycyjny deser świąteczny czyli Risalamande czyli ryż ugotowany na mleku, połączony z migdałem, polany sosem owocowym. W sumie niezłe. Co z tradycyjnych dań jeszcze? Kaczka we wszelkich postaciach. I tu dałem się ponieść tej tradycji, bo skoro karpia tu nie kupię, to chociaż kaczkę upiekę - pokrętna logika, ale cóż.
Kaczka zaszła więc z pomarańczami. Przeleciałem wszystkie internety, ale ostatecznie i tak przepis skleciłem sam, z kilku innych. 





No i debiut mój absolutny i cenię wysoko - barszcz na zakwasie. Barszcz chyba od 10 lat już robię, pierwszy jednak raz na zakwasie własnej produkcji - nigdy już inaczej go nie zrobię :) Kto ma ochotę, przepis na zakwas znajdzie tu -> Zakwas










A jak już zakwas swoje odstoi, to już z górki. Mam nadzieję, że każdy wie jak się barszczyk odpowiedni robi. Bo dużo nie potrzebujemy ;) Buraki, słoninę wędzoną, żebra wołowe, jabłko, liść bobkowy, ziele angielskie, suszone grzybole i czosnek. I do tego właśnie finalnie- zakwas! Pycha!


O pysznych krokietach nie wspomnę już nawet, które Ania uczyniła, z farszem grzybowo kapuścianym, o rybie po grecku z której jestem absolutnie niezadowolony- chociaż coś mi nie wyszło :P

I teraz uwaga- cycki, grzyby...

Fajny, niezobowiązujący obiad dla dwojga heteroseksualnych  osób:

cyce kurzęce - 1 komplet
garść suszonych grzybów - jeśli ktoś ma duże garści, bo jeśli nie, to lepiej dwie. Tak czy owak, lepiej dwie.
czosnek- ząbki dwa
cebula - jedna duża
śmietana kwaśna 18 - 6 łyżek (większych niż mniejszych)
dwie łyżeczki musztardy - ja mieszam dwie - słodką i ostrą, jeśli nie mamy słodkiej, proponuję do musztryku dodać z pół łyżeczki miodu
oregano- szczypta
bazylia - tyleż co oregano
mięta - kilkanaście listków (opcja)
I ryżu oczywiście, tyleż, ile chcemy pochłonąć.



Wykonanie arcyproste, należy jednak pamiętać, coby grzyby nasze suszone zalać wrzątkiem i przykryć na kilka godzin przed przygotowaniem ich. najlepiej zalać je w dużym kubku, miseczce, tak, by zakryć grzyby wrzątkiem, przykryć folią ameliniową i odstawić na noc.


Kolejnego dnia, bierzemy cycki kurzęce, myjemy, kroimy w kosteczkę. Kroimy również cebulkę i szklimy na maśle. Gdy już rumieńców nabierze, wrzucamy atrybuty kury i podsmażamy wespół z cebulką. Kiedy i te nabiorą kolorytu, wlewamy nasze grzybole wraz z wodą i redukujemy wodę. Najlepiej na wolnym ogniu. Wtedy też solimy całość, dorzucamy przyprawy i czosnek. Gdy woda odparuje, zdejmujemy z ognia i dodajemy śmietanę z musztrykiem. 
Dokładnie mieszamy, stawiamy na ogniu i podgrzewamy nieznacznie. 
I gotowe. Pyszny obiad w 20 minut :)



A! Zapomniałbym, jeśli mój blog czytałby koleś z Laponii, to ja składam serdeczne podziękowania oficjalnie, za prezent choinkowy. Chyba byliśmy grzeczni :)



No, to kończę. Nie marudzę już. Smacznego i do usłyszenia! Bez odbioru.






sobota, 25 października 2014

Pie-czeń--wo-ło-wa. Znaczy się mielona krowa.




Od jakiegoś czasu coś za mną "chodziło". Mianowicie uczynienie pieczeni znakomitej, z mięsa mielonego uczynionej. W dzisiejszym wypadku w roli głównej występuje mielone wołowe, jajka, papryka. No i tzatziki. Bo czemuż by nie tzatziki.
A co w Danii? Hmmm.. Pogoda się psuje troszkę, jak na jesień późną przystało. A co najgorsze chyba, ciemno o 7.30 rano, ciemno po 17.... smuteczek. Grzyby się kończą w lesie, no niewesoło. Są jednak plusy zawsze. A jeśli ich nie ma, należy je bezzwłocznie znaleźć, po kryjomu- jeśli to pachta -zerwać i dać dyla, oczyścić, pokroić i przyrządzić, tak, by wilk syty był i owca cała. Kurcze, i zawsze ogródkami jakoś to pisanie. Bo akurat o tej pachcie i od razu wspominam znów gałąź czereśni z wielkim zdziwieniem dzierżoną w rękach Seska, kiedy to mieliśmy po prostu narwać czereśni w koszulę i uciekać. Ale nie, po co "jeść małą łyżeczką"- jak babcia Piniaka mawiała- najlepiej urwać gałąź i uciekać :) Oj czasy dzieciństwa kolorowe i bogate były we wspomnienia...zapachy...
Wracamy, wracamy jednak do tematu prym wiodącego! Wszak o pieczeni ma być.
Więc!





Na porządny obiad dla kilku osób potrzebujemy:

1 kg mięsa wołowego- średnio tłuszczowe (w moim przypadku 5-7%)
5 jajek ugotowanych na twardo
2 jajka surowe
2 papryki - niezbyt duże
1 cebula
2 ząbki czosnku
gałka muszkatołowa
papryczka ostra
oscypek lub inny dojrzały twardy ser
pieprz ziarnisty
rozmaryn

"glanc"
3 pomidory
ząbek czosnku
oregano
bazylia
oliwa
cebula

Tzatziki - przepis http://henryklamieprzepisy.blogspot.dk/2014/06/keftedes.html




Przepis jest anielsko prosty i diabelsko skuteczny. Bądź odwrotnie.

Pierwej więc sama pieczeń.
Cebulkę kroimy w kostkę i podsmażamy na oliwie. Pod koniec, kiedy cebulka zeszkli się już, dorzucamy pokrojony drobno czosnek. Zdejmujemy z ognia.





Paprykę kroimy w kostkę i łączymy z mięsem. Dodajemy 2 jajka, pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej, pół łyżeczki rozmarynu (jeśli zaś mamy świeży, zielony, dodajemy 3 gałązki). Drobniutko kroimy ostrą papryczkę zważając, by następnie paluchów, które dotykały ów pyszną roślinę nie wsadzić sobie choćby w oczy ;) Mięso pieprzymy, dodajemy 3/4 szklanki tartego oscypka.
Na koniec dodajemy cebulkę z czosnkiem z patelni, solimy i porządnie wyrabiamy (można pomóc sobie robotem do ciasta...).



Formę wykładamy papierem do pieczenia. Następnie łyżką ścielemy masą dno formy, następnie boki. Jajka układamy przez środek, potem paluchami "otulamy" ... nasze jajka, fundując im na koniec mięsną kołderkę. A na nią serwujemy pieprz ziarnisty. Należy pamiętać, by do mięsa nie dodawać zbyt dużej ilości przypraw, co zbija smak wołowiny i sprawia, że mięso blednie.
No i co? I foremka frunie do nagrzanego do 180 st piekarnika na 70 minut.



Teraz mamy czas na zrobienie glancu. Duńczycy nazwaliby to pewnie "sky" - czyli chmurka.
Glancem posmarujemy pieczeń 20 minut przed końcem pieczenia- czyli w 50 minucie.
Na patelnię wlewamy łyżkę oliwy, wrzucamy skrojone w kostkę pomidory. Pichcimy to jakieś 15 minut na wolnym ogniu, następnie dorzucamy skrojony lub wyciśnięty czosnek, cebulkę i resztę przypraw, lekko soląc. Całość musi się ładnie przegryźć i odparować.



Kiedy nastanie już odpowiedni ku temu czas, smarujemy szybciutko pieczeń i dajemy jej dojść przez ostatnie 20 minut z termoobiegiem.

I co? Włala.
Kroimy w plastry i podajemy z pieczonymi ziemniaczkami :)

czwartek, 4 września 2014

Grzybiarze w akcji. Co tracą duńczycy...

O tym, jak w Danii jest, słyszeliśmy wiele przed naszym przyjazdem. Jeśli do poziomu kulinariów to uprościmy i naszych zainteresowań- głównymi zaletami miały być ryby i grzyby. No, ale, że ploty- plotami, braliśmy sporą poprawkę na doniesienia. Bo niby, że co? Że rybami i grzybami można się tu okładać?
No...
Jakaż więc uciecha płynie z dni, kiedy po nocnej pracy próbujemy się "szybko" wyspać, żeby spakować wędki, przynęty, wsiąść na rowery i śmignąć do fjordu, żeby złapać okazałe okonie. Codziennie rozbawia mnie zdziwiony wzrok fryzjerki z przeciwnej strony ulicy, gdy widzi nas jadących każdego dnia z wędkami. Na moście, wędkarze znają już nas doskonale, często też duńczycy zwijają swój sprzęt kiedy my nadciągamy, po tym jak Anna zawstydza efektami niejednego z nich :)
Ale bywa i tak, że okoń współpracować nie ma zamiaru, leniwy jest i obojętny całkowicie na wszelkiego rodzaju zaloty. Daj mu i pod samą gębę przynętę, a on ma ją w nosie. Ok, pakujemy się i objuczeni sprzętem jedziemy do oddalonego o 2 km lasu, bo skoro Neptun szczodry nie jest, może runo leśne obdaruje nas czymś zacnym. I tu druga kulinarna plota też prawdziwą się okazuje. Kiedy to z roweru Anna zauważa 2 borowiki, a po dosłownie 15stu minutach, mamy ich 42 sztuki... Ehhh...
Cudna ta Skandynawia pod tym względem. I tak całe okna w schnących borowikach kilku odmian, podgrzybkach, zajączkach etc. A co tubylcy na zbieranie grzybów? Mają to gdzieś :)



Jakże też szczęśliwi jesteśmy, że kupiliśmy zamrażarkę - bo co tu z tym całym dobrem robić (?). No nic- mrozić na zimę, wiosnę. Dobra nigdy za wiele.
I na fali tej grzybowej przygody przerabiamy kilogramy borowików na pyszne dania. Łączymy smaki, kombinujemy. Dziś przepis na pastę z boczku ze świeżymi grzybami.



Ingredienty:
600 g wędzonego boczku w całości
300 g świeżych grzybów - najlepiej borowik, ew podgrzybki
czosnek - 4 ząbki
majeranek
rozmaryn
gałka muszkatołowa
pieprz ziarnisty -  duża łyżka
sól





Samo wykonanie jest bardzo szybkie i proste.
Boczek mielimy. Grzyby kroimy i smażymy na patelni. Nie używam tłuszczu, bo boczek ma go wystarczająco :) Borowiki smażę powoli, tak, by jak najwięcej wody odparowało. Robię to kilkanaście minut, bardzo często mieszając. Pod koniec dodajemy czosnek pokrojony w kostkę, pieprz w całości, trochę świeżo startej gałki muszkatołowej i płaską łyżeczkę rozmarynu. Solimy.
Kiedy całość jest już dobrze wysmażona łączymy z boczkiem, dobrze mieszamy, doprawiamy solą. Przekładamy do miseczki, posypujemy gęsto majerankiem i fru do lodówki na noc.
Smacznego :)





niedziela, 10 sierpnia 2014

Wakacyjny rozkrok czasowy 2. Powrót kulinarnej hordy.

Ano właśnie. Nie wiem czy z powodu wakacji, jakie trwają, czy z rozleniwienia, czy pracy przy szyciu zabawek a może wizyty kochanej siostry- blog podupadł w sensie ilości dokonywanych wpisów.
Nie żebym zrzucał na nią winę czy też na rodzinę swą w ogóle. Nie, nie, wizyta gości wielką inspiracją i wyzwaniem była. Nowe potrawy powstały, chyba niezłe nawet. Ale nie o tym będzie.
Będzie o miłości do szpinaku- to raz- tu więc od razu ostrzegam, jeśli szpinaku nie lubisz, nie będzie to tekst dla Ciebie. Temat powiązany zaś to ryba. Jeżeli ości są przeszkodą nie do przeskoczenia- trudno, stracisz.


Od kilku dni dość intensywnie łowimy ryby. Z prostego powodu- bo znaleźliśmy do tego idealne miejsce. Blisko mostu, jakieś 2 m pod wodą, znajduje się uskok. Przez to prąd w tym miejscu jest mocniejszy w i tak wartkim nurcie fjordu. Mało tego, w tymże miejscu, pod wodą rozpościera się łąka wszelkiej maści glonów i traw. I tak, jak w zeszłym tygodniu odkryliśmy ów uskok, nie kończy się festiwal okonia. A trzeba wiedzieć, że okoń tutaj, to spora ryba. Małe sztuki również istnieją, wiadomym przecież jest, że z czegoś większa ryba też urosnąć musi. Średnia jednak okoni, które przynajmniej nam się zdarzają, to  1,2 kg. Dziś na obiad okonie jednak ciut mniejsze, bo po 600-700 g.

Nie pamiętam skąd wytrzasnąłem "bazę" przepisu. A w sumie jednak wiem :) Bazą przepisu był tylko sos. Właśnie jedna z moich sióstr przyniosła  do domu rodzinnego danie składające się z makaronu i sosu serowego ze szpinakiem. W moim wykonaniu ewoluował sporo, bo był i z kurczakiem, był z klopsikami, z puree, etc etc. Ogólnie- temat rzeka.

No ale nie ma co się dziwić- są składniki, które aż się proszą, oczekują od nas, by na piedestał je wystawiać w tylu formach, w ilu  to tylko możliwe, a najlepiej, w jeszcze większej ilości. Szpinak jadłem od dziecka, nie miałem z tym problemu. W domu rodzinnym klasykiem były latem ziemniaczki, jajko sadzone, szpinak ze skwarkami i mizeria. Przy czym zaznaczyć trzeba, że szpinak, ledwo co z pola zerwany, doprawiony był tylko i wyłącznie solą i dużą ilością świeżego pieprzu. Rewelacja.


Kończę wywód, zaczynam gotować!
Ingredienty:
- okoń lub inna drapieżna ryba - w zależności od ilości osób. Na 2 osoby przyrządziliśmy 2 ryby. Przed obraniem, wypatroszeniem ważyły łącznie 1300g.
- szpinak - najlepiej świeży, lub mrożony - 500 g
- ser pleśniowy, np Gorgonzola - 200 g
- pieprz, sól, majeranek, oregano
- czosnek - 3 ząbki
- śmietana kwaśna
- koperek

Mając już gotowe składniki możemy zacząć zabawę.
Rybę patroszymy, zrywamy skórę. Dlaczego zrywamy- bo to szybsze, łatwiejsze w przypadku okonia, niż skrobanie drobniutkich łuseczek. Okonia delikatnie oprószmy grubą solą morską, dodajmy szczyptę pieprzu, wewnątrz ryby zaś umieśćmy kilka gałązek koperku. Tak przygotowaną rybę należy umieścić w wysmarowanym masłem naczyniu żaroodpornym. Na rybę ułożyć kilka kawałków masła. Nie zakrywamy.
Piekarnik w tym czasie nagrzewamy do 170 st. i wstawiamy nasze okonie.


Szpinak wrzucamy do garnka, dodajemy czosnek drobno pokrojony w kosteczkę lub płatki. Jeśli jest to szpinak świeży - podlewamy wodą. Tak należy dusić szpinak około 10 minut. Dodajemy również szczyptę oregano i majeranku, pieprzymy. Tu nie trzeba się bać. Pieprz musi być czuć. Po 10 minutach dodajmy ser pokruszony na mniejsze kawałki. jeśli nie mamy Gorgonzoli, można spokojnie użyć też Lazura (niebieski lub zielony). Smak będzie inny, ale równie dobry.

Teraz odkrywamy już garnek, aby nadmiar wody odparował. Teraz, kiedy ser się rozpuści, całość można dosolić. Na koniec dodajemy 4 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany i kilka ziaren pieprzu. Mieszamy dokładnie.
Co zaś z rybą? Ryba ma tak spędzić w piekarniku 15 minut. Po tym  czasie, gotowy sos wylewamy na ryby i rozprowadzamy równo łyżką.
Wstawiamy do piekarnika obniżając temperaturę do 150 st. Mimo, iż głód już doskwiera a zapachy nęcą, musimy jeszcze wytrzymać przez jakieś 13 minut.

Po tym czasie rybę wyjmujemy z piekarnika i pożeramy. Nooo... ciężko się oprzeć! Podajemy z ryżem i winkiem z lodem.
Bon appetit!



poniedziałek, 23 czerwca 2014

Broccoli. Krem z brokuła.




Rany rany, już 5. dzień bez wpisu. Tego jeszcze nie grali.
Ale wszystko ma swoje powody. Niebawem ruszy drugi blog, póki co trwają prace nad... hmmm... zawartością ów bloga. I pochłonęły nas na tyle, że niemal czubka nosa z domu nie wystawiamy. No, prócz może biegania do "lumpeksów" duńskich i chwil wytchnienia, takich jak wczoraj, kiedy to ruszyliśmy polować na grzyby. Wyprawa zakończona pełnym sukcesem (!), znaleziono 1 (słownie: jednego) maślaka. I jakiś taki w ogóle dziwny kolorystycznie, intensywny. No ale, że z jednego to żadnego pożytku jako materia żywa, został bestialsko pokrojony kozikiem przez Annę i dynda "w ta i wew ta" na gałęzi. Nim uschnie na wiór mamy nadzieję na kolejną wzbudzającą nie lada emocje wyprawę po jednego grzyba "svamp"'em zwanego przez tubylców.






Póki co, wracając do tematu brokuła, jaki brokuł jest, każdy widzi. Multiużyteczny, dobry zarówno zblanszowany jak i "skremowany". I zapieczony oczywiście. Nie wiem, czy wiecie, ale brokuł bardzo lubi się z orzechami laskowymi. Polecam. Oczywiście o serze pleśniowym nie wspomnę, bo to prawda oczywista, że jak krem to i camembert musi być.





A na krem potrzebujemy:
2 brokuły
150 g sera typu camembert
4 średniej wielkości ziemniaki
1 mały por
1 litr bulionu
szczypta gałki muszkatołowej
2 łyżki jogurtu naturalnego bądź kwaśnej śmietany
pół łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
ząbek czosnku
szczypiorek
pieczywo na grzanki
10 orzechów laskowych



Na krem potrzebujemy około godziny czasu.
Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę. Wrzucamy do garnka, w którym będziemy robili krem, tu uprzednio wlewamy 2 łyżki oliwy. Ziemniaki podsmażamy w ten sposób, mieszając. Muszą dobrze się zrumienić. Kiedy będą miały już złoty kolor, dorzucamy pokrojony w talarki por. Mieszamy 2 minuty, po tym czasie wlewamy bulion. Kiedy zagotuje się, dokładamy poróżyczkowanego drobno brokuła. Doprawiamy przyprawami, orzeszki kroimy na ćwiartki lub gnieciemy nożem i dorzucamy do garnka. Kiedy bulion zagotuje się, skręcamy ogień i tak, lekko bulgoczący zostawiamy na 20 minut. 



W tym czasie tniemy w kostkę pieczywo, następnie wrzucamy na rozgrzaną na patelni oliwę i zrumieniamy. Pod koniec doprawiamy oregano i bazylią.
Teraz możemy już sprawdzić, czy warzywa są miękkie. Gdy są gotowe, dorzucamy pokrojony w plastry ser i odstawiamy na 5 minut z ognia.
Całość blendujemy na gładką masę a kiedy to uczynimy, rozprowadzamy w kremie jogurt.
Następnie rozlewamy do miseczek, posypujemy grzankami i szczypiorkiem. 
I już.
Pyyycha.




(My do kremu dorzuciliśmy jeszcze resztę kalafiora, bo wychodzimy z założenia, że nic nie marnuje się w kuchni, a został taki samotny biedak w lodówce).

Smacznego ;)

środa, 11 czerwca 2014

Nie chce mi się. No to Anna.


Wczoraj jakoś leniwy dzień nastąpił. Może nie do końca leniwy bo od rana język duński w szkole przyswajaliśmy i jak to mówię uczyliśmy się "lylać". I już na zajęciach siedzieliśmy i w żołądku ssało i myśl na pizzę naszła. A, że miszczem pizzy jest Anna, oddałem batutę.


Pizza prosta w wykonaniu i naprawdę dobra. My używamy mieszanki mąki pszennej z żytnią, sądzę jednak, że ze standardową mąką pszenną sprawdzi się równie dobrze.



Co do składników na pizzę (nazwijmy je powierzchniowymi) - to wiadomo - co kto lubi. Miałem ochotę na krewetki tym razem. Ale zostałem sprowadzony do parteru krótkim wymownym spojrzeniem w sklepie i ... zaszedł klasyk. (Anna krewetki toleruje rzecz jasna, ale wyłącznie w tempurze)











Co więc w skład owej pizzy wchodzi:

(ilość wystarcza na 2 pizze średnicy ok 28 cm)

mąka pszenna lub mieszanka maki pszennej i żytniej         0,5 kg
drożdze                                                                           2,5 dag
letnia, przegotowana woda                                               0,3 l
sól                                                                                   0,5 łyżeczki
oregano                                                                           1 łyżeczka
bazylia                                                                             1 łyżeczka
kminek (opcjonalnie)                                                        0,5 łyżeczki

na górę:
pomidorki koktajlowe                                                      8 szt
cebula                                                                              1 duża
salami                                                                              10 małych plasterków
bekon                                                                              8 plasterków
szynka                                                                             4 plasterki
papryczki chilli                                                                 1,2 szt
oliwki                                                                              1 garść
kapary                                                                             1 łyżka
mozarella                                                                         1 szt
ser twardy (Grana Padano)                                              5 dag
bazylia świeża kilkanaście listków

sos:
pomidory z puszki w kawałkach                                      1 puszka
oregano suszone                                                              1 łyżeczka
bazylia suszona                                                                1 łyżeczka
czosnek przetarty                                                             2 ząbki
sól szczypta
pieprz świeżo mielony                                                      0,5 łyzeczki

Pomidory odsączyć. Przetrzeć przez sito, wymieszać z przyprawami, umieścić w lodówce na godzinkę.

Do pracy więc!





Drożdże winny mieć temperaturę pokojową. Rozkruszyć, zalać letnią wodą i wymieszać delikatnie drewnianą łyżką. Mąką przesiać przez sito i połączyć z drożdżami. Posolić i dodać przyprawy. Całość dobrze zagnieść i odstawić przykryte ściereczką na 0,5 godziny w ciepłe miejsce. Na nasłonecznionym oknie wychodzi najlepiej :)










W tym czasie możemy przygotować to, co chcemy umieścić na górze.
Pomidorki kroimy w plastry więc, to samo czynimy z mozarellą. Cebulkę kroimy w piórka bądź kosteczkę. Papryczki dzielimy na małe kawałki. Jeśli nie chcemy zbyt pikantnego dania, usuwamy nasiona.
Po określonym czasie ciasto dzielimy na pół i wałkujemy dwa równe placki. Na blaszce umieszczamy papier do pieczenia i przekładamy naszą pizzę. Zawijamy brzegi i nakłuwamy ciasto widelcem, dość gęsto. Smarujemy całość naszym sosem. Możemy też zrobić to przed zawinięciem i więcej sosu umieścić  na samym brzegu. Wtedy brzegi będą wypełnione sosem. 



Następnie obsypujemy równo serem tartym na drobniutkich oczkach. Układamy resztę składników.

Pizze wkładamy do rozgrzanego do 230 st piekarnika i pieczemy 12- 14 minut, do ładnego zrumienienia. Czas może się wydłużyć w zależności od tego, co położymy na pizzę. Czym wilgotniejsze składniki, tym dłuższy czas dochodzenia. Nasza pizza spędziła w piecu 14 minut.



W zasadzie to wszystko :) God appetit!


środa, 4 czerwca 2014

Czas na grilla ;)


Zapomniałem całkiem o wątku grillowym ale już nadrabiam. Kończymy więc chwilowo ze szparagiem i jedziemy na ryby.

Sezon na belonę w Danii w pełni, czy na Zatoce Gdańskiej belona jeszcze jest – nie wiem. Nie problem zastosować wskazówki jednak i do innych ryb.

Jak dla mnie, najlepsze do grillowania jak i do zup, są drapieżne ryby. Szczupak, sandacz, okoń, no i ten morski cudak. Hornfisk wpływa do fiordów w maju i płynie przez nie około 3 tygodni. W tym roku dość późno pojawiła się w nich, nadal jest więc szansa na jej schwytanie.


W Polsce tego dziwoląga łapie niewiele osób. Niewiele osób je jadło i eksperymentowało ze smakiem. I jakież było moje zdziwienie, gdy po raz pierwszy wybrałem się na nie z moim przyjacielem, tu, w Danii. I choć opowiadał mi wcześniej, że to nie tak jak w Zatoce, że na blachę z kotwiczką się je łapie, a na …. sznurki..., jakież było moje zdziwienie, jak zobaczyłem owe sznurki. Blacha jak to blacha, na szczupaka, troć itd. Ale kotwicy brak a na jej miejsce zakładamy sznurek. I gdy już sprowokujemy belonę, ona łapie przynętę i oplątuje małe, ostre i liczne zębiska wokół owego sznurka. I już.


Łapać tak czy owak, może kupić, nieistotne. Jeśli nie mamy belony, zastąpmy ją inną drapieżną rybą, choćby szczupakiem czy okoniem.
Obiad trójwątkowy.

Ingredienty:
belona lub szczupak 1 średnia sztuka
kilka gałązek bazylii
2 gałązki oregano
oliwa
sól
pieprz
bagietka
mała cukinia
masło czosnkowe (przepis poniżej)

Masło czosnkowe:
kostka masła
czosnek 6 ząbków
sól
pęczek koperku

Czosnek pociąć w drobną kosteczkę bądź wycisnąć. Koperek posiekać drobno. Połączyć z masłem i dokładnie wymieszać. Dorzucić dwie szczypty soli do smaku. Jeśli masło jest solone, nie dodajemy jej już. Po wymieszaniu odstawić do lodówki na godzinę.


Wracając jednak do naszej rybnej diety.
Zacznijmy od cukinii. Cukinię myjemy i kroimy w plastry grubości około 1,5 cm. Kładziemy na talerzu i solimy z obu stron. I niech odpoczywa tam.
Rybę oskrobać (widziałem opinie, że belona nie posiada łusek – chciałbym poznać osoby, które tak twierdzą), następnie sprawić. Hornfisk ma bardzo delikatną budowę ciała, uważajmy więc, by przypadkiem nie naruszyć woreczka żółciowego, bo pozbędziemy się obiadu. Ryba ta ma średnią ilość ości, są one jednak doskonale widoczne w swej „turkusowości”. Belonę pozbawić głowy i pociąć w 10 cm kawałki. Następnie delikatnie oprószyć grubą solą morską. Do środka wkładamy zioła. Kawałki ryby układamy na folii aluminiowej i polewamy delikatnie oliwą. Zamykamy każdy kawałek z osobna i umieszczamy na rozgrzanym grillu. Dobrze jest zawinąć i ułożyć rybę tak, by nic nie wyciekało podczas jej relaksu na ruszcie. Winna spędzić na nim około 25 minut, w średniej temperaturze.


W międzyczasie obok rybki umieszczamy cukinię, która pod wpływem soli pozbyła się nadmiaru wody.
Bagietkę kroimy na kawałki i umieszczamy również na ruszcie.
Co 10 minut obracamy rybę na drugą stronę. Należy też zadbać, by cukinia i bagietka zrumieniły się równo.
Zdejmujemy rybkę oraz resztę strawy z grilla i już niemalże gotowe. Teraz tylko gorącą bagietkę obłożyć przepysznym masłem czosnkowym i … niebo w gębie. Aha, jeśli belona pierwszy raz gości na stole, nie zdziw się kolorem jej ości i kręgosłupa :) Są bajeczne!

Smacznego!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

A kilka ciekawostek duńskich :)


Dania kraj dziwny. Ktoś kiedyś nam powiedział wioząc nasz "dobytek" do DK - to dziki kraj. 
No bywa i dziki. Kulinarnie. Kraj ciekawostek. Wrzucę co jakiś czas coś ciekawego, bo w Polsce to rzeczy z reguły niedostępne. 



Dziś nie mam co prawda nic, co by jakieś inspirujące było, ot - cukierasy i gumy.
Zachwyt na twarzy mówi wiele!
Obrzydliwa nazwa i wiele mówiące o smaku tych rarytasów opakowanie skłoniło mnie do próby. Jednej z większych prób w moim życiu. Przeczytawszy i niewiele zrozumiawszy, z otwartą przyłbicą i kopią w górze ruszyłem żwawo do ataku.
 Tak właśnie.




Ostatecznie okazało się, że groźniej wyglądały niż smakowały. Ale truskawkowy smak rybki i w połowie cukierka wdzierający się niczym śruba w tył średniowiecznej łepetyny smak solonej lukrecji, nie współgrają. Ale cóż, należy być otwartym na wszelkie kulinarne zboczenia.

 Smarki trolla. Nie polecam :D