Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziemniaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziemniaki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2015

Eintopf!



Nie, nie, nie będzie żadnych niemieckich sałatek z kartofli, precli ani parówek ze słoika. Nie będzie również  jasnych, nordyckich  fryzur ani niebieskich oczu. Troszkę historii jednak się znajdzie, a raczej sięgnąć nam przyjdzie do jednego warzywa, którym nikt już sobie niemalże głowy nie zaprząta.
Z historią w tle również i nazwa. Może nie konkretnego dania ani konkretnych ingredientów. 
Eintopf to pewien wachlarz potraw. Tak naprawdę eintopf to niekończąca się paleta możliwości jaką daje nam łączenie wszelkich smaków w jednym garnku. Czyli to co lubię najbardziej :)



Eintopf poznałem chyba mieszkając w Chełmnie. I raczej nie jadłem go nigdzie, poznałem tylko samo znaczenie słowa. Wtedy też rozpocząłem eksperymenty z których zazwyczaj wyszło coś dobrego. 
Co nadaje się do jednego gara? Wszystko niemalże. Ja lubię kartofle, dynię, czerwoną fasolę, cieciorkę, pomidory. Co dalej? Fantazja..... Mięso lub i nie. Owoce? Czemu nie? Gorzka czekolada, chilli.... ehhh...

Dużo pomysłów, pełna głowa- zawsze. Nie robiłem jeszcze eintopf'a z ryb, ale wszystko przede mną. Projekt w głowie już jest. Ale nie dziś o tym.


Wracając do warzyw. I do tego jednego, wyjątkowego jak dla mnie. Nie pamiętam go z domu rodzinnego. Nigdy nie gościł za mojego życia na stole. Ale legendy o jego bytności pamiętam. Choć nie wyrażano się o nim z rozrzewnieniem. Brukiew bowiem wspominana była jako tani "zapychacz" żołądka. Ot wieś głębokiego PRLu. A lata później to niepozorne warzywo przykuło moją uwagę na chełmińskim rynku. Tu brukiew jest jeszcze na porządku dziennym, żółta, biała, czerwona. Początkowo sam zachodziłem w głowę, co z tym fantem uczynić. A jest co robić!
Czym jest brukiew - ni to kalarepa, ni to burak. No coś pomiędzy. Smak? Kalarepa. konsystencja? Burak :) Do czego? Do wszystkiego do czego tylko fantazja Ci pozwoli. Brukiew doskonała jest do pieczeni- choćby kaczki- tu najwięcej pewnie przepisów odnajdziemy wszędzie. Ja brukiew uwielbiam stosować do sosów pieczeniowych. A do eintopf'a pasuje mi wyjątkowo idealnie.



Tak jak powiedziałem- mój eintopf to luźne skojarzenia smaków, warzyw. Traktujcie i Wy swoje garnki jak chcecie. 

Ingredienty:
0,5 kg mięsa mielonego (najlepiej chude)
0,3 kg ziemniaków
2 szklanki brukwi
2 szklanki dyni
1 puszka fasoli czerwonej
2 puszki pomidorów
1 puszka kukurydzy
1 duża cebula
3 ząbki czosnku
2,3 małe papryczki chilli
jogurt naturalny
majeranek
pieprz
sól



Wykonanie nie przysparza żadnych problemów, nie zabiera też nam dużo czasu. 
Mięso podsmażamy na złoty kolor na patelni. Kiedy jest już zrumienione, dodajemy pokrojoną w piórka cebulę. Kiedy i cebula zrumieni się, zawartość patelni przerzucamy do sporego garnka z grubym dnem. Całość podlewamy odrobiną wody.
Do garnka wrzucamy pocięte w małą kostkę: kartofle, dynię i brukiew- ta musi być pokrojona w małą kostkę ponieważ dochodzi najdłużej.
następnie w garnku umieszczamy również fasolkę wraz z zalewą, pomidory, kukurydzę, czosnek i przyprawy. Ja wrzucam również 3 malutkie papryczki chilli.
Dokładnie mieszamy, przykrywamy, i dajemy temu spokojnie 40 minut na małym ogniu. Niech pyrka i nabiera smaku. Oczywiście mieszamy całość tak, by nic nie przywarło do dna. 

Po 40 minutach odkrywam garnek i redukuję sos. Może to potrwać kilkanaście minut.
I to prawie koniec. Pozostaje nam nałożyć potrawę na talerz i polać odrobiną naturalnego jogurtu. Dobrze jest również sypnąć troszkę natki pietruszki.








A już niedługo, za kilka dni... debiut na stole. Jordskokker czyli topinambur w całej krasie. Sam jestem ciekaw co z niego zrobię i już tupię nogami z niecierpliwością!

Vi ses!





sobota, 25 października 2014

Pie-czeń--wo-ło-wa. Znaczy się mielona krowa.




Od jakiegoś czasu coś za mną "chodziło". Mianowicie uczynienie pieczeni znakomitej, z mięsa mielonego uczynionej. W dzisiejszym wypadku w roli głównej występuje mielone wołowe, jajka, papryka. No i tzatziki. Bo czemuż by nie tzatziki.
A co w Danii? Hmmm.. Pogoda się psuje troszkę, jak na jesień późną przystało. A co najgorsze chyba, ciemno o 7.30 rano, ciemno po 17.... smuteczek. Grzyby się kończą w lesie, no niewesoło. Są jednak plusy zawsze. A jeśli ich nie ma, należy je bezzwłocznie znaleźć, po kryjomu- jeśli to pachta -zerwać i dać dyla, oczyścić, pokroić i przyrządzić, tak, by wilk syty był i owca cała. Kurcze, i zawsze ogródkami jakoś to pisanie. Bo akurat o tej pachcie i od razu wspominam znów gałąź czereśni z wielkim zdziwieniem dzierżoną w rękach Seska, kiedy to mieliśmy po prostu narwać czereśni w koszulę i uciekać. Ale nie, po co "jeść małą łyżeczką"- jak babcia Piniaka mawiała- najlepiej urwać gałąź i uciekać :) Oj czasy dzieciństwa kolorowe i bogate były we wspomnienia...zapachy...
Wracamy, wracamy jednak do tematu prym wiodącego! Wszak o pieczeni ma być.
Więc!





Na porządny obiad dla kilku osób potrzebujemy:

1 kg mięsa wołowego- średnio tłuszczowe (w moim przypadku 5-7%)
5 jajek ugotowanych na twardo
2 jajka surowe
2 papryki - niezbyt duże
1 cebula
2 ząbki czosnku
gałka muszkatołowa
papryczka ostra
oscypek lub inny dojrzały twardy ser
pieprz ziarnisty
rozmaryn

"glanc"
3 pomidory
ząbek czosnku
oregano
bazylia
oliwa
cebula

Tzatziki - przepis http://henryklamieprzepisy.blogspot.dk/2014/06/keftedes.html




Przepis jest anielsko prosty i diabelsko skuteczny. Bądź odwrotnie.

Pierwej więc sama pieczeń.
Cebulkę kroimy w kostkę i podsmażamy na oliwie. Pod koniec, kiedy cebulka zeszkli się już, dorzucamy pokrojony drobno czosnek. Zdejmujemy z ognia.





Paprykę kroimy w kostkę i łączymy z mięsem. Dodajemy 2 jajka, pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej, pół łyżeczki rozmarynu (jeśli zaś mamy świeży, zielony, dodajemy 3 gałązki). Drobniutko kroimy ostrą papryczkę zważając, by następnie paluchów, które dotykały ów pyszną roślinę nie wsadzić sobie choćby w oczy ;) Mięso pieprzymy, dodajemy 3/4 szklanki tartego oscypka.
Na koniec dodajemy cebulkę z czosnkiem z patelni, solimy i porządnie wyrabiamy (można pomóc sobie robotem do ciasta...).



Formę wykładamy papierem do pieczenia. Następnie łyżką ścielemy masą dno formy, następnie boki. Jajka układamy przez środek, potem paluchami "otulamy" ... nasze jajka, fundując im na koniec mięsną kołderkę. A na nią serwujemy pieprz ziarnisty. Należy pamiętać, by do mięsa nie dodawać zbyt dużej ilości przypraw, co zbija smak wołowiny i sprawia, że mięso blednie.
No i co? I foremka frunie do nagrzanego do 180 st piekarnika na 70 minut.



Teraz mamy czas na zrobienie glancu. Duńczycy nazwaliby to pewnie "sky" - czyli chmurka.
Glancem posmarujemy pieczeń 20 minut przed końcem pieczenia- czyli w 50 minucie.
Na patelnię wlewamy łyżkę oliwy, wrzucamy skrojone w kostkę pomidory. Pichcimy to jakieś 15 minut na wolnym ogniu, następnie dorzucamy skrojony lub wyciśnięty czosnek, cebulkę i resztę przypraw, lekko soląc. Całość musi się ładnie przegryźć i odparować.



Kiedy nastanie już odpowiedni ku temu czas, smarujemy szybciutko pieczeń i dajemy jej dojść przez ostatnie 20 minut z termoobiegiem.

I co? Włala.
Kroimy w plastry i podajemy z pieczonymi ziemniaczkami :)

poniedziałek, 6 października 2014

Jesień kocham. Za brukselkę!




Jesień przyszła, a z nią wiele, wiele dobroci. Mamy więc grzyby, dostępne przepyszne czerwone buraki,  zapomnianą brukiew, jest też i brukselka.
Pamiętam z czasów dzieciństwa i dorastania na wsi, stojące na baczność łodygi oblepione zielonymi kulkami mini kapusty. Zapach oranej ziemi, wszechobecny zapach orzechów włoskich i schnących w słońcu łęcin, spośród których wybierało się złote ziemniaki i jadło prosto z ogniska, żonglując nimi w czarnych od popiołu rękach. Ehhh... zapachu nigdy nie zapomina się.



Brukselka występowała u mnie w domu chyba tylko w dwóch formach - gotowana, z bułką tartą podsmażoną na maśle oraz w zupie warzywnej. A to nie wszystko co można z niej zrobić :)
Sposobów na to pyszne i zdrowe warzywo jest mnóstwo.
Dziś zapiekanka.

Co potrzebujemy:
600 g ziemniaków
500 g brukselki
500 g mięsa mielonego
śmietana kwaśna
gałka muszkatołowa
bazylia
pomidory
przecier pomidorowy
ser twardy (Grana Padano, sery owcze twarde)
pieprz
sól
czosnek 3 ząbki
cebula - 1 duża
bekon - kilka plasterków



Oczywiście, co jeszcze tu włożymy- wolna wola. Bo to, co lubimy, to jemy. Zawsze kombinuję w kuchni i zachęcam do tego. Bo to cała zabawa z potrawami.

Ale do rzeczy:

Brukselkę czyścimy, myjemy. Wrzucamy do osolonego wrzątku i obgotowujemy przez 10 minut. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą.
Ziemniaki kroimy w plastry (5-7 mm) i układamy w naczyniu żaroodpornym wysmarowanym oliwą. Wykładamy dno i boki naczynia. Zostawiamy kilka plastrów aby całość przykryć. Ziemniaki solimy i posypujemy bazylią.
Na patelni szkliwimy cebulkę. Gdy jest już rumiana, dodajemy posiekany czosnek i pokrojony bekon. Mieszając, smażymy na małym ogniu 2 minuty, po czym zdejmujemy cebulkę, bekon i czosnek. Na patelnię wrzucamy mięso, podsmażamy je, soląc i pieprząc. Dodajemy również gałkę muszkatołową i zdjętą wcześniej cebulkę. Gdy mięso jest już podsmażone, dodajemy 3 łyżeczki przecieru i dokładnie mieszamy.
Teraz brukselkę dodajemy do naczynia, następnie na całość wykładamy mięso.
2,3 pomidory kroimy w plastry i układamy na mięsie. Następnie pokrywamy je plasterkami bekonu i  pozostałymi ziemniakami. Ziemniaki znów solimy, a na wierzch posypujemy starty ser.



Przykryte naczynie wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na 50 minut. 10 minut przed końcem czasu zapiekankę wyjmujemy i polewamy śmietaną (150 ml) połączoną z łyżką przecieru pomidorowego. Odkryte tym razem naczynie umieszczamy w piekarniku na 10 minut.


Bon Appetit!


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Broccoli. Krem z brokuła.




Rany rany, już 5. dzień bez wpisu. Tego jeszcze nie grali.
Ale wszystko ma swoje powody. Niebawem ruszy drugi blog, póki co trwają prace nad... hmmm... zawartością ów bloga. I pochłonęły nas na tyle, że niemal czubka nosa z domu nie wystawiamy. No, prócz może biegania do "lumpeksów" duńskich i chwil wytchnienia, takich jak wczoraj, kiedy to ruszyliśmy polować na grzyby. Wyprawa zakończona pełnym sukcesem (!), znaleziono 1 (słownie: jednego) maślaka. I jakiś taki w ogóle dziwny kolorystycznie, intensywny. No ale, że z jednego to żadnego pożytku jako materia żywa, został bestialsko pokrojony kozikiem przez Annę i dynda "w ta i wew ta" na gałęzi. Nim uschnie na wiór mamy nadzieję na kolejną wzbudzającą nie lada emocje wyprawę po jednego grzyba "svamp"'em zwanego przez tubylców.






Póki co, wracając do tematu brokuła, jaki brokuł jest, każdy widzi. Multiużyteczny, dobry zarówno zblanszowany jak i "skremowany". I zapieczony oczywiście. Nie wiem, czy wiecie, ale brokuł bardzo lubi się z orzechami laskowymi. Polecam. Oczywiście o serze pleśniowym nie wspomnę, bo to prawda oczywista, że jak krem to i camembert musi być.





A na krem potrzebujemy:
2 brokuły
150 g sera typu camembert
4 średniej wielkości ziemniaki
1 mały por
1 litr bulionu
szczypta gałki muszkatołowej
2 łyżki jogurtu naturalnego bądź kwaśnej śmietany
pół łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
ząbek czosnku
szczypiorek
pieczywo na grzanki
10 orzechów laskowych



Na krem potrzebujemy około godziny czasu.
Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę. Wrzucamy do garnka, w którym będziemy robili krem, tu uprzednio wlewamy 2 łyżki oliwy. Ziemniaki podsmażamy w ten sposób, mieszając. Muszą dobrze się zrumienić. Kiedy będą miały już złoty kolor, dorzucamy pokrojony w talarki por. Mieszamy 2 minuty, po tym czasie wlewamy bulion. Kiedy zagotuje się, dokładamy poróżyczkowanego drobno brokuła. Doprawiamy przyprawami, orzeszki kroimy na ćwiartki lub gnieciemy nożem i dorzucamy do garnka. Kiedy bulion zagotuje się, skręcamy ogień i tak, lekko bulgoczący zostawiamy na 20 minut. 



W tym czasie tniemy w kostkę pieczywo, następnie wrzucamy na rozgrzaną na patelni oliwę i zrumieniamy. Pod koniec doprawiamy oregano i bazylią.
Teraz możemy już sprawdzić, czy warzywa są miękkie. Gdy są gotowe, dorzucamy pokrojony w plastry ser i odstawiamy na 5 minut z ognia.
Całość blendujemy na gładką masę a kiedy to uczynimy, rozprowadzamy w kremie jogurt.
Następnie rozlewamy do miseczek, posypujemy grzankami i szczypiorkiem. 
I już.
Pyyycha.




(My do kremu dorzuciliśmy jeszcze resztę kalafiora, bo wychodzimy z założenia, że nic nie marnuje się w kuchni, a został taki samotny biedak w lodówce).

Smacznego ;)

sobota, 14 czerwca 2014

Keftedes. Będzie po grecku.




Pogoda dziś ładna, wieje troszkę, ale to już kwestia przyzwyczajenia na Falster. Bez większych obaw więc zakładam, że nie będę musiał spędzać godziny na rozpalaniu grilla co tu mi się zdarza. I nie wiem dlaczego. Może wilgotniejsze powietrze powoduje, że ludziska jednak w grille gazowe i gazowo-węglowe inwestują. Będąc jednak konserwatystą w tej dziedzinie życia, pozostanę wierny dymnemu posmakowi węgla drzewnego. I basta. Żadne tam rozgrzane kamienie. Że niby zdrowiej? No to wolę być ciut bardziej chory chyba. Bo przecież masło też niezdrowe. Hmmm... no to kolejny gwóźdź do trumny. I to jaki. Bo w Danii masło solone (!). Czyli jestem stracony. No nic, z jakiegoś powodu trzeba ten padół opuścić kiedyś. Myślę, że śmierć gastronomiczna to dobry sposób. I przywołam tu tylko kończąc ten śmiertelny wątek, bohaterów „Wielkiego żarcia”, którzy postanawiają popełnić samobójstwo z przejedzenia. Cześć im i chwała. Wszak to piękna śmierć.



5 minut po obudzeniu się pomyślałem co zrobić na obiad. W ogóle, to chyba straszne. Że pierwsza złożona myśl po otwarciu oczu, dotyczy obiadu. Złożona, bo tych, co to traktują o tym, że wyspałem się, albo, „o, jak wieje”, do takich nie zaliczam. No i jak już mówię, myśli greckie mnie natchnęły. Kilka lat temu robiłem keftedes. I zajdzie i dziś.

Keftedes to nic innego jak klopsiki mięsne. Widziałem kilka różnych opcji przyrządzania, ale jedną z moich ulubionych jest ugrillowanie ich. W oryginale jest mięso z kozy. Można je jednak zastąpić spokojnie wołowiną, wołowiną+wieprzowiną lub chudą wieprzowiną. To, z czego keftedes jest znane, to zioła. I dla mnie zastępowanie świeżych ziół suszonymi powinno być karane chłostą. Bo keftedes musi przesiąknąć ziołami. I alkoholem. Alkohol bowiem podbija smak ziół. Oczywiście nie obyło się przez kilka lat bez różnego rodzaju modernizacji tudzież liftingu jak kobiety wolą powiedzieć tegoż przepisu. I na bank ten, który teraz mamy, nie przetrwa długo. Bo zawsze można ulepszyć. Już mi chodzi po głowie jak ;)



Ingredienty:
mięso mielone wołowe                                         500 g
bazylia świeża                                                  ok 20 listków
mięta                                                                kilkanaście listków
bułka                                                                 1 szt
pieprz świeżo mielony                                         płaska łyżeczka
jajko                                                                  1 szt
ser kozi lub inny miękki, aromatyczny w smaku   0,5 szkl drobno pokrojonego

ziemniaki młode                                                 wedle potrzeb
boczek wędzony lub grilowany

Tzatziki:
jogurt grecki                                                      250 ml
ogórek                                                              1 szkl
oliwa                                                                 1 łyżeczka
sól szczypta
pieprz szczypta
papryka słodka szczypta
czosnek                                                            2 ząbki
szczypiorek mała garstka
mięta świeża garść
ocet z jabłek                                                     1 łyżeczka



Do dzieła.
Najpierw radzę zrobić tzatziki.
Ogórka obrać, potrzeć na grubych oczkach tarki. Po tym jak puści wodę, odlać. W międzyczasie pokroić czosnek i szczypiorek. Zioła porwać na małe kawałeczki. Należy pamiętać o tym, że cięte tracą aromat, rwąc je zaś, uwalniamy go.
Połączyć wszystko z jogurtem, dokładnie wymieszać i odstawić do lodówki na minimum godzinę.









W tym czasie młode i umyte ziemniaki owijamy razem z plasterkiem boczku w folię aluminiową i wrzucamy na rozgrzanego grilla. Będą dochodziły najdłużej bo ok 40 minut.



Mięso mieszamy z przyprawami i namoczoną w mleku i odciśniętą bułką. Dolewamy do całości 30-40 ml alkoholu. Idealnie, jeśli będzie to Ouzo. Może być jednak również inny destylat.
Formujemy z nich małe klopsiki i nadziewamy na bambusowe patyczki. Po 20 minutach od „wystartowania ziemniaków”, na ruszcie umieszczamy nasze keftedes. Pilnujemy, żeby równo, z każdej strony się zgrillowały. Na ruszt możemy wrzucić też pomidorki koktajlowe, osobiście uwielbiam je.
Kiedy ziemniaczki są już miękkie a keftedes gotowe, podajemy je z naszym sosem. A co do tego? Najlepiej Retsina lub Ouzo. Pycha!


I w sumie obiad gotowy. Zdrowo.


niedziela, 8 czerwca 2014

Polędwiczki, orzechy i czarny pieprz.


Więc coś chodziło za mną od rana. A w zasadzie od południa kiedy to zwlekłem się z łóżka. Wszak należy się wyspać po pracowitej nocy. Smaku szukałem jakiegoś i nie ukrywam, mięsnego mocno. I z tego to właśnie ssania żołądkowego dorwałem gazetkę jednego z lepiej zatowarowanych w mięsiwo dyskontów i rozpocząłem poszukiwanie.



A tak w ogóle, z innej bajki trochę, wczoraj pojechałem z Anną nad morze. Do Marielyst. 12 km rowerkiem i piękna, czyściutka i szeroka plaża. Woda co prawda zimnawa, ale za to kryształowo czysta. Zaszła więc kąpiel i opalanie. A raczej smażenie. Po godzince spijania piwka w promieniach słońca, położyliśmy się na drzemkę. Pół godziny i przewrót, coby równo się opalić. I jesteśmy teraz frytki. O ile z pleców złazi skóra, tak pośladki prawie odpadają w całości (!). No, ale, trzeba przecierpieć. Nie bez wątku kulinarnego podnoszę wyjazd, a i nie o piwo w nim też chodzi wyłącznie. Po plażowaniu zgłodnieliśmy z lekka mimo powziętych środków w postaci przygotowanego rano penne z bolognese. Zwinęliśmy się więc z parzącego piasku i uderzyliśmy w poszukiwaniu przytulnej restauracji. I tak podreptaliśmy do "włoskiego" przybytku serwującego pasty i pizze. I powiem szczerze - jadłem najlepszą pizze "restauracyjną" ever. "Restauracyjną" bo wiadomo, że domową najlepszą czyni Anna. Zamówiliśmy prosciutto crudo... rewelacja. Rewelacyjna szynka parmeńska, sezonowana, w przyprawach przygotowywana, by ostatecznie poddać się suszeniu, do tego świetny ser i rucola. I gdzieś tam świeżutki posmak masła. Do tego podbijający smak pokal chłodnego Royal'a. Ehhh... A na deser powrót na plażę coby truskawki w słońcu wciągnąć :)
Ale- wróćmy do obiadu.
Tak więc w gazetce w oczy rzuciła mi się polędwiczka wieprzowa. Szybki logarytm co, z czym i jak i wymarsz do sklepu. Zakupy poczynione, można pichcić.



Składniki:
Polędwiczka wieprzowa
sól morska gruba
pieprz grubo mielony lub rozgniecony
orzechy laskowe            

sos:
pieczarki                - 400 g
musztarda              - 3 łyżki
śmietana kwaśna    - 0,25 l
orzechy laskowe    - 10 szt
cebula
szczypta soli

Polędwiczkę myjemy i oczyszczamy z wierzchu z błonek. Układamy na desce w całości. Małą garść orzechów rozgniatamy nożem i siekamy. Solimy mięso i obtaczamy najpierw w orzechach, następnie w pieprzu. Nie bójmy się ilości pieprzu, będzie pierne (tak w domu mówiło się na pikantne potrawy. Staropolski zwrot określający hmmm... intensywność przypraw, głównie pikantność. Od piernego wziął swą nazwę piernik. Wszak jam na Ziemi Chełmińskiej rodzony. ), ale nie taki diabeł straszny jak wygląda. Na patelnię wrzucamy kawałeczek masła i podsmażamy na nim polędwiczkę obracając co jakiś czas, by równo i dobrze się obsmażyła na złoto. Włączamy piekarnik na 190 st. I kiedy mięso ma już ładny kolor, przekładamy na wyłożoną papierem do pieczenia blachę i umieszczamy w piekarniku na jakieś 13- 15 minut.
W międzyczasie robimy sos. Pieczarki myjemy i jeśli są duże - tniemy na połowę. Mniejsze niech pozostaną w całości - niech cieszą oko. Na patelnię z resztą masła po smażeniu wrzucamy pociętą w piórka cebulę, po chwili dorzucamy pieczarki. 5 minut później dolewamy 1/4 szkl wody. Kiedy woda odparuje dodajemy musztardę, orzechy posiekane drobniutko oraz śmietanę. Bardzo delikatnie solimy całość. Co chwilę mieszamy, by gotujący się na delikatnym ogniu sos nie przypalił się. Trzymamy go tak kilka minut, by sos związał się dobrze z pieczarkami i lekko zgęstniał.
Po kwadransie, wyjmujemy polędwiczkę z piekarnika i odstawiamy  na 10 minut. Musi dojść jeszcze chwilę.

I w zasadzie to wszystko. Bo pozostaje nam tylko podać polędwiczkę pociętą w plastry, do dyspozycji zjadaczy udostępnić sos i inne dodatki. I tyle.



Enjoy!

Nooo i pyszne truskawy z mandarynką i śmietanką na deser (by Anna) !!!


niedziela, 1 czerwca 2014

Zapiekanka zapiekanka! Niedziela z cukinią czyli zielonym traktem podążamy dalej.



Dziś na obiad zapiekanka. Zapiekanka głównie warzywna ale dla mięsożerców nutka jest również. Bazą dla niej będą ziemniaki. Choć chyba głównego składnika tu brak. Bo dla każdego coś dobrego.







 Nie wierzę w przepisy, koncepcja więc własna. Często robię zapiekanki z mięsem mielonym, musi być jednak dobre, chude. Tym razem mamy pierś kurczaka.
 Ziemniaki są z zeszłego sezonu. A to czemu? Bo do zapiekanki takie wolę. Nie mają tyle wody w sobie. Jeśli jednak ktoś chce zastosować młode, to najlepiej ich w ogóle nie obierać. Umyć gąbką i ciąć w plastry. Skórka młodych pyr... pyyycha.










W zasadzie to zastanawiałem się dziś nad szaszłykami albo keftedes z grilla ale na dworze zero wiatru (o dziwo na Falster) a dmuchać mi się w węgiel nie chce zwyczajnie. 







 No to co potrzebujemy?
Cukinia 1 mała
ziemniaki 6 małych
por 1 szt
pierś kurczaka 200 g
pomidory 5 małych
majeranek 1 łyżeczka
oregano 1 łyżeczka
czosnek 2 ząbki
kurkuma
sól
ser camembert
ser twardy na posypkę




Wszystko myjemy, ziemniaki obieramy. Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą. Ziemniaki kroimy plastry grubości 1 cm i układamy na spodzie i bokach naczynia. Delikatnie solimy. W cieniutkie plasterki kroimy czosnek, układamy na ziemniakach.



Teraz czas na pokrojony w krążki por. Następnie kroimy cukinię na plastry max 1 cm i umieszczamy jako kolejną warstwę. Camembert kroimy w plastry i kilka kładziemy na cukinii. Posypujemy ser majerankiem. Należy pamiętać o tym, żeby majeranek rozetrzeć w dłoniach. Wtedy uwalniamy najsilniejszy jego aromat. Następnie całość pokrywamy cienką warstwą wcześniej podsmażonego na niewielkiej ilości masła kurczaka pokrojonego w kosteczkę. Nie soliłem go podczas smażenia. Pierś posypujemy delikatnie kurkumą i solą. Zbyt duża ilość przyprawy sprawi, że będzie gorzka. Jako przedostatni krok – kroimy pomidory w plastry i układamy na całości. Doprawiamy oregano i umieszczamy pod przykryciem w nagrzanym do 180 st piekarniku. Tak musi w nim spędzić ok 40 minut. Następnie odkrywamy i dajemy jeszcze 10 minut.
Do zapiekanki najlepsze jest piwko.
Smacznego ;)